Tuż za lotniskiem mijam Blucifera,
posąg mustanga, który zabił twórcę.
Z gór, w wyobraźni ta z czaszek bizonów.
Wnuki pionierów zmieniły ją w nawóz.
Stanowa droga galopuje prerią.
W końcu krajobraz także się rozpędza,
suchy wiatr niesie krople paralotni
i nagle w słońcu szczerzą kły Flatirons.
Nad miastem Boulder rozpylono tęczę.
Zraszacze dbają o dobrostan trawy.
Nie tylko upał trawę tutaj pali.
Nie ma Mustangów. Najwięcej Subaru.
Zielone skwery pośród placów zabaw
wciąż są gotowe na przyjęcie dzieci.
Niewiele ich tu. Za to psów, jak psów.
Dobrze zadbanych, drżących i łagodnych.
Trudno uwierzyć, że to wilcze plemię.
Strawiona karma ląduje w śmietnikach
zabezpieczonych na wypadek grizzly.
To echo zmagań białych osadników.
Gwiazdy ich wiodły przez morze czerwone.
Udomowiony Dziki Zachód.
Tak to wygląda dzisiaj, brachu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz