Jest, dajmy na to, koniec listopada.
Pająk już zwija nić na oleandrach.
I nagle chandra człowieka dopada.
Modernistyczna, niepijąca chandra.
Tak bezsensowna, jak wyschnięta studnia.
Nic, myślę sobie. Poczekam do grudnia.
Roratki nie mam. Palę znicz w adwencie.
Żeby nie było, że światła nie palę.
Ponury facet z lusterka w łazience
gapi się na mnie. Nie znamy się wcale.
Głupio się witać. Trudno zażartować.
Pomiędzy nami chandra dubeltowa.
Biorę dwie szklanki. Chcę się zaznajomić
z melancholikiem, a tu niespodzianka.
Widzę, że tamten też wpadł na ten pomysł
i teraz mamy chandrę w czterech szklankach.
Czarną jak porter, który świąt nie czekał.
Chandrę o twarzy tamtego człowieka.
Więc lu go w lustro! A on na mnie chlusta
krwią, ciemnym piwem. On, czy ja prawdziwy?
Nie wiem. Lecz teraz gdy w kawałku lustra
golę się - widzę jakiś zarost siwy.
Choć czasem... Jakby... Na granicy cienia.
Odejdź! To tylko kwestia doświetlenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz