Jedni w górach nad chmury wyrośli.
Oceany wyzwaniem dla drugich.
Mnie zielone jezioro unosi
Cichą żabką, do brzegu bindugi.
Srebrna pełnia. Nagrzane polecie.
Mgła paruje, że brzegu nie widać.
Ale płynę, bo jest tam gdzieś przecież.
Właśnie po to uczyłem się pływać.
Toń iskrzącą odpycham, przygarniam.
Tak mi lekko się płynie. Tak łatwo.
Księżycowa nade mną latarnia.
Na bindudze z sosnowych pni tratwa.
Jeszcze tylko uchwycić się trzciny.
Zliczyć tętno. Czuć dno pod stopami.
Zepchnąć tratwę. I dalej popłynąć.
W oceany. Do gór nienazwanych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz