Coś niezwykłego mi się przydarzyło
w Centrum Handlowym na obrzeżach miasta.
Mówiąc dokładnie, na zwykłym parkingu.
Do samochodu pchałem już swój wózek
wyładowany na wypadek wojny.
A ściśle mówiąc, na wszelki wypadek.
Wśród aut z salonów stało Tico znikąd.
Biedak mnie spytał, czy kupię ziemniaki
za parę złotych. Konkretnie pięć złotych.
Jak policzyłem, miałem trzy pięćdziesiąt.
Za wszystko w wózku płaciłem plastikiem.
Żeton niestety też był plastikowy.
Rzuciłem zatem - Może innym razem -
i oddaliłem się z pewną przykrością.
A nawet przyznam, że z poczuciem wstydu.
I gdy tak pchałem swój wyrzut sumienia
spuściwszy oczy, spostrzegłem monetę.
Dokładnie mówiąc dwa złote. Jak znalazł,
by z ulgą wrócić. Kupiłem kartofle
za pięć pięćdziesiąt, jeśli ma być ściśle.
I sam już nie wiem, co mam o tym myśleć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz