piątek, 6 listopada 2020

Elegia na opadanie liści

Wietszszee... leściły liście, zmiłuj się nad nami.

Usłyszsz... ukołyszsz do snu, inne z sobą zabieszszsz...

Wietszszee... błogosławiony, między gałęziami.

Zostaw. Nie kaszsz opadać. Nie skazuj na grabieszsz...


Tymczasem ziąb podchodził w filcowych walonkach.

W zagajnikach  rdzewiały modrzewiowe igły.

Marzły nóżki ostatnim, bladym podzielonkom.

Wyostrzały się octy. Zalewały pigwy.


Wiatr zasnął czy odleciał, bo powiało nudą.

Noc przejrzystsza od mrozu stanęła w milczeniu.

Przymarzły do gałązek ćmy srebrzystorude

i odroczono wyrok na śmierć w zawieszeniu.


Które spadły, zgrabiono. Przemieszano z ziemią.

Te co opaść nie chciały, pomilkły niechciane.

Gdy hosanna na wiosnę strzeliła zielenią

na chwilę wiatr je porwał. I oddał na amen.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz