Wietszszee... leściły liście, zmiłuj się nad nami.
Usłyszsz... ukołyszsz do snu, inne z sobą zabieszszsz...
Wietszszee... błogosławiony, między gałęziami.
Zostaw. Nie kaszsz opadać. Nie skazuj na grabieszsz...
Tymczasem ziąb podchodził w filcowych walonkach.
W zagajnikach rdzewiały modrzewiowe igły.
Marzły nóżki ostatnim, bladym podzielonkom.
Wyostrzały się octy. Zalewały pigwy.
Wiatr zasnął czy odleciał, bo powiało nudą.
Noc przejrzystsza od mrozu stanęła w milczeniu.
Przymarzły do gałązek ćmy srebrzystorude
i odroczono wyrok na śmierć w zawieszeniu.
Które spadły, zgrabiono. Przemieszano z ziemią.
Te co opaść nie chciały, pomilkły niechciane.
Gdy hosanna na wiosnę strzeliła zielenią
na chwilę wiatr je porwał. I oddał na amen.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz