Spotkałem żółte motyle. Ponazywałem kwiaty.
Każdy ma swoje imię. Wtedy jest trudniej tracić.
Ujrzałem motyla cytrynkiem. Śnieżyczkę przebiśniegiem.
Ponazywałem wszystko. Siebie nazwałem człowiekiem.
Każdemu dałem miano. Zerem - jedynką w chmurze.
Zostałem panem stworzenia. Do końca czasu i dłużej.
Wreszcie, gdy cieniem wysokim idę przez wrzosy spękane,
nie mam odwagi nazwać drogi przez las nienazwany.
Gdzie śnieżnobiałe kwiaty nie znają mego imienia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz