Na koniec wędrowania przychodzę do rzeki.
Noc rozlewa się rtęcią i podkręca bystrza.
Przepływają przeze mnie obrazy na przestrzał.
Przywołując wspomnienia bliskich mi dalekich.
Wszystkich których nie znałem, a którzy kochali
ciepło mleka i miodu, truskawkowe wino.
Połówkę papierosa na czarną godzinę,
w której światła zwyczajnie nie wypada palić.
Do wyznania zostało jeszcze pół oddechu.
Wciąga mnie w tataraki wiru pusta studnia.
Zmarszczką fali od brzegu odbija się echo.
Owinięty w milczenia wyświechtane płótna
zabieram z sobą wszystkich, których ktoś poniechał.
Twarz zanurzam i rzeka zawraca do źródła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz