Lubię przedwieczór, gdy słońce się kładzie
i kiedy księżyc obejmuje wachtę.
To miękkie światło, znane fotografom.
Miodowe filtry, zakładane na dzień.
Pokrywające kolumnady sosen
płatkami złota, nim staną się cieniem.
Zanim się zmienią aktorzy na scenie
i noc zapadnie w prześcieradła rosy.
Księżyc już czeka, aż ten przepych spłonie.
Z wierzchołka brzozy nie chce mu się schodzić.
Dostraja ciszę srebrnym kamertonem.
W chwili, gdy pachną jaśminy najsłodziej,
zawisa pełną łzą na nieboskłonie.
Bo ileż można wschodzić i zachodzić?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz