W Barcelonie jest bar Barcelona.
Tam się miłość zaczęła szalona.
Ona była więdnącą oliwką.
On karczochem z rzednącą już grzywką,
który nieco utracił swój rezon.
Było zimno i kończył się sezon.
Nikt nie nucił już Mamas & Papas
kiedy kucharz ich dodał do tapas,
obok lekko wczorajszych mariscos.
Zakochali się w sobie. To wszystko.
Wiatr wywracał stoliki na Rambli
gdy do baru zziębnięty wszedł Anglik,
lub Irlandczyk, bo był z Londonderry.
Mniejsza o to. Wziął tapas do sherry,
zjadł karczocha, oliwkę na zapas
miał odłożyć, lecz ona mu z tapas
chciała skoczyć do ust za karczochem.
Karczoch walczył i cofnął się trochę,
aż turysta na twarzy poszarzał.
Gościom baru łzy ciekły po twarzach...
Nie, nie mogę napisać, co dalej.
Serce cyt! Wyobraźnio, nie szalej.
Barcelona to bar w Barcelonie
tam początek historii i koniec.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz