Spotkali się nad lustrem wody.
Odęty księżyc w staw się gapił.
On - blady pająk laskonogi.
Ona - płochliwa jak okapi.
Księżyc ponury był jak cmentarz.
Policzki rwały się do pełni.
Czy on całował - nie pamiętam.
Czy ich poznaję - niezupełnie.
Mogło tak być, że guzik z kości,
haftka, szarpnięta w słusznej walce,
nie chciały ulec namiętności.
A nawet ból sprawiły palcom.
A może śniły się jaśminy,
przypominały się balkony?
A na nich chłopcy i dziewczyny
z Białegostoku, czy z Werony.
Nie wiem, co tam się wydarzyło.
Po tylu latach nie dam głowy.
Ech, szkoda że nas tam nie było!
Zwodnicze bóle fantomowe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz