Pamięć, poprzez miraże, prowadzi do cienia.
Liście palm daktylowych szepcą twoje imię.
Na policzkach mam piasek. W źrenicach pustynię.
Suche wargi z pragnienia, odkąd ciebie nie ma.
Jeep niesie mnie na grzbiecie śladem karawany.
Święty żuk kulę słońca toczy nieboskłonem.
Przez niebieskie migdały, po morze czerwone.
W szmaragdowe oazy za fatamorganą.
Tymczasem zmierzch się kładzie mechatą brzoskwinią.
Jeszcze chwila, i gwiazdy zlecą się mgłą srebrną,
pić noc atramentową, jak najsłodsze wino.
Jeśli uda się usnąć, spotkam cię na pewno.
Przebudzony zostanę spękaną pustynią.
Oszukiwaniem jutra wiecznością bezsenną.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz