kicany królik w ciepłolubne łapy
hossając pusiał omarczonym wzdechem
paradygmując powitanie majni
o wpół do zwykłej
nie było powidu
przeszły kolejno miękka i cacana
wsysając wiatru liście papilarne
białozielona nietrawność przebytu
rozdrygiwała peryhelium lustra
***
Alicja przyszła w rozwianym szaliku,
mając u bioder zielone marchewki.
Pół nocy spała przy białym księżycu,
aż się nad ranem w złote słońce prześnił.
A tyle było egzotycznych ptaków,
że nie mieściły się w kolorach tęczy.
W nosie wierciło mokrym tatarakiem.
Ciepłym deszczykiem kichnęło na szczęście.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz