Był wen imieniem Michał.
Nie znosił gniotów i chał.
Uroczy, zimny drań,
co słabość miał do pań.
Gdy, dajmy na to w Pile,
poetka, choć przez chwilę,
śniła samotny sen -
Wnet się pojawiał wen.
Bywało, że przy mężu
chrapiącym obok, ten żul
z poetki ściągał koc,
współtworząc z nią. Ad hoc.
Samotną zaś poetkę
prowadził na kozetkę.
Podsuwał jej natchnienie.
I choć szeptała: Nie, nie,
w poezję ją popychał.
Natychał i natychał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz