Puste lustro, a w lustrze,
cztery kąty najpustsze,
wymiecione spojrzeniem do pusta.
Z wolna spełnia się pełnia,
aż zupełnie wypełnia,
białą noc, krwinką szminki na ustach.
Cień się zmienia w nieciemność.
Niepewności mam pewność.
Pewnie nie śnię i śnię równocześnie.
Po świtaniu, nad miastem,
kumulusy biuściaste.
Ponad nimi przestrzenie bezkresne.
Pełny ciebie pustostan.
Choć na chwilę pozostań.
Zjaw się znikąd, jak ty to potrafisz.
Nie zapytam, skąd dokąd.
Jak tęsknota z tęsknotą,
odbijemy się pustką od tafli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz