czwartek, 7 grudnia 2017

Wielka lipa

Już ledwie szedłem. Nogi dwie,
raz prawa a raz lewa,
niosły mą duszę czort wie gdzie.
Choć wolałbym do nieba.

Nade mną gwiazdy siały wiatr.
Listopad liście ronił.
By iść pod deszcz, nie trzeba map.
Wiadomo, gdzie jest koniec.

Jak wielu uważałem, że
ten świat to jest niewypał.
Więc nie zdziwiła wcale mnie
na końcu wielka lipa.

Gdy nagle z drzewa spadła, ach!
(Ni obejść, ni przeskoczyć)
Dziewczyna piękna, że aż strach.
Te same wielkie oczy.

Ukląkłem na rozstaju ud,
szczęśliwy jak wiewiórka.
Z lipowej kory spływał miód.
Bzyczały pszczoły w chórkach.

Zapamiętałem jeszcze blask
rodzących się galaktyk.
I od początku ruszył czas
zaklęty w łonie matki.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz