Zamykam oczy sen nie przychodzi
Jeszcze daleko do rana
Otwieram okno na srebrnej łodzi
Przypływa bańka mydlana
Po jej krzywiźnie światła napięcie
Wędruje w ciekłym krysztale
Przymruża oko rybie ujęcie
Nie przenikamy się wcale
Mikrometrowy mur między nami
Wzniesiony z okruchów tęczy
Nie śpimy dwoma różnymi snami
Wspólna bezsenność nas męczy
W mańce się bydla głowa gliniana
Spada w poduszki jak bańka
Insomnia chrapie zaczarowana
Nie zbudzi się do poranka
Zamykam okno baranki zbieram
W uszach zawieszam firanki
Mela to Nina Nina to Mela
Owieczki z mydlanej bańki
Otwieram oczy nie ma sufitu
Obłoczki beczą cichutko
Razem płyniemy w kierunku świtu
Bańką mydlaną jak łódką
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz