Ona była z Grudziądza, on podobno był z Pszczyny.
Nią sumienie wstrząsało, on z kompleksem żył winy.
Raz do roku ich cienie w "Pensjonacie pod linem",
melancholią wracają i spleenem.
Przygnębiony duch z Pszczyny. Smutna zjawa z Grudziądza.
Choć dla siebie jedyni, już nie pali ich żądza.
Jedzą lina w śmietanie, jak się łyka cykutę,
odbywając spóźnioną pokutę.
Los ich kiedyś połączył w pensjonacie pod Świeciem
i nie było szczęśliwiej zakochanych na świecie,
ani siebie zgłodniałych od Grudziądza po Pszczynę,
gdy wzajemnie karmili się linem.
Słowik gwiazdy im strącał. Noc rozsądek ukradła.
Jemu skapnął sos z wąsa. Ona nagle pobladła.
Jeszcze w geście ostatnim pochwycili swe dłonie,
odsunęli talerze... i koniec.
Ona grób ma w Grudziądzu. On dwa kroki od Pszczyny.
Nad nią kwitną jaśminy, jemu szumią olszyny.
Ponoć w jednej sekundzie zakrztusili się ością,
porażeni prawdziwą miłością.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz