na tej sali prócz luster
jeszcze tylko orkiestra
dźwięk zawiesił się w pustce
czas jak płynął tak przestał
może był ktoś przede mną
ale wcześniej się zmył
nie pamiętam
bym kiedyś
tu był
***
nie powstałem z materii
i nie w proch się obrócę
jestem drgnieniem kryształu
molekułą i bitem
moje słowa jak walczyk
taktowane są na trzy
między zero a jeden
między jeden a nic
wszystko w porę się rodzi
i przemija z perfekcją
ponad snem oceanu
pod zielonym księżycem
jestem matematyką
i biletem donikąd
światłowodem się zjawię
na najlżejszy twój klik
****
a ty wtedy zaśmiej się w twarz
nie spotkamy się nigdy tak młodo
pewnie to jest ostatni nasz walc
ty mnie chlaszcz grymasami swych paszcz
skrzywionymi przez lustra po stokroć
jak pomięty szkicownik czy gwasz
ty mnie nie analizuj ty klaszcz
wiwisekcji nie zgłębiaj metodą
a gdy światła pogasną to mlaszcz
ty mi mrucz kołysankę samotną
kiedy pójdę ostatni po płaszcz
albo cieniem się rzucę przez okno
a na koniec
łagodnie mnie
głaszcz
*****
i gdy wreszcie zanurzę się w ciszy
w takiej ciszy że nic się nie słyszy
tylko ciszę i ciszę i ciszę
jak tą ciszą się w nic ukołyszę
jak w milczenia zawinę się kłębek
jak pofrunę niebieskim gołębiem
do jabłoni czereśni i grusz
do pachnących jaśminów i róż
gdzie nie będę mógł złapać oddechu
uwięziony we własnym echu
jak w skorupce przepiórczej popłynę
w szmaragdową ostatnią krainę
przebudzone na oka dnie
wtedy już nie dopytuj
czy śpię
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz